Testowania ciąg dalszy, czyli druga, długa odsłona Dare2b !

Z początkiem tygodnia trochę bardziej merytorycznie. Próbuję nadrobić blogowe zaległości, ale marnie mi to idzie. Jednak nie ma co się użalać nad sobą i powoli robić to co powinno być zrobione dawno dawno temu….

Tym razem Dare2b, czyli testujemy dalej. Długi rękaw, długa nogawka.

Mieliście już okazję przetestować ze mną koszulkę i spodenki na lato z nowej kolekcji Dare2b. Teraz przyszła kolej na dłuższe wersje równie fajnych ciuchów.

<Skok w bok : LINK>

dsc_7603

Przez ostatnie pare dni aura sprzyjała żeby napisać o długich wersjach więc, zanim przygotujecie się na jesienne bieganie i uzbroicie swoje szafy w nowe „biegowe ciuszki” podrzucam Wam dwie na prawdę warte uwagi propozycje.

Jak już pisałam, marka ta stworzyła fajną kolekcję odzieży do biegania. Która dzięki dopracowaniu najmniejszych detali i zastosowaniu wysokiej jakości materiałów, zasługuję na uwagę każdego z biegaczy. Tych początkujących i tych zaawansowanych.

Dzisiaj testuję dla Was długą wersję nowej kolekcji Dare2b. Mowa o długich legginsach do biegania i windshell-u, który na pewno sprawdzi się nie tylko podczas biegania.

dsc_7494

Legginsy/ spodnie sequence wersja długa < LINK tu macie wersję 3/4>

Był to pierwszy produkt, który dane mi było przymierzyć w showroomie firmy. Pierwsze wrażenie? ”Woooow”. I wcale nie słodzę. Nie jestem typem co chodzi po sklepach dla biegaczy i wyszukuje sobie najlepsze modele ciuchów do biegania. Nie jestem nawet też typem który zna się na nowościach biegowych. Jednak jestem tym typem, który biega, wydeptuje kilometry i na podstawie tego wie co potrzebuje mieć odzież biegowa. Kupuję to co jest funkcjonalne i potrzebne, a Dare 2b połączyło dla mnie te dwie cechy z wyglądem.

Moje odczucia mogą być trochę subiektywne, ale ja nawet nie miałam w rękach takich legginsów. Ich materiał powalił mnie na łopatki. Po pierwsze są niesamowicie lekkie. Po drugie niesamowicie cienkie i delikatne. Po trzecie nie czuć ich na ciele po założeniu! I co jest chyba najważniejsze wcale nie idzie za tym słaba jakość materiału, z którego zostały wykonane. Wręcz przeciwnie, wydają się być stworzone z jakiegoś nieziemskiego materiału, który po założeniu idealnie dopasowuje się do ciała i przylega w każdym miejscu dokładnie tak jak powinien.

DSC_7646.jpg

Niestety odzieży biegowej nie można tylko przymierzyć, ale trzeba ją przetestować w terenie. Zacznę od tego, że odkąd je dostałam, czyli gdzieś na koniec kwietnia, raczej bywało ciepło tam gdzie aktualnie byłam więc nie udało mi się ich przetestować w ekstremalnie wietrznych i chłodnych warunkach. Pomimo to przetruchtały, prze-interwowały, i przebiegały ze mną przez parę dobrych treningów.

Legginsy są obcisłe, podczas biegu nie przesuwają się i przylegają bardzo fajnie do ciała. Wielkim plusem jest to, że czujemy się jakbyśmy ich nie mieli na sobie, tworzą jedność z naszym spoconym ciałem. Mają też dosyć szeroki pas biodrowy który nie pozwala im na przesuwanie się w okolicach bioder. Dużo leginsów przy przymierzaniu pasuje idealnie, a potem podczas biegu czujemy jak obsuwają nam się powoli z pośladków. Te zostają przez cały trening w tym samym miejscu i nie musimy skupiać się na ciągłym podciąganiu „gatek”. Materiał jest dobrze oddychający i sprawdza się nawet w dosyć wysokich temperaturach. Odprowadza wilgoć i nie daje uczucia spocenia. Legginsy pomimo, że przylegają dosyć dokładnie do ciała nie dają żadnego dyskomfortu i nie krępują ruchów.

DSC_7496.jpg

Pod kolanami znajdują się wstawki z delikatniejszego bardziej siateczkowatego materiału, które pomagają w odprowadzaniu wilgoci na zewnątrz. Przydają się tez podczas treningów funkcjonalnych czy wzmacniających, ponieważ nie uciskają kolan, nie krępują ruchu, przy jakichkolwiek przysiadach, wykrokach, pozycjach w klęku, czy strechingu. Na dołach nogawek mamy zamki, które są dosyć długie dzięki temu legginsy możemy wciągnąć na siebie nawet gdy buty mamy już na nogach. Wykończone są silikonem, chodzą bardzo płynnie i nie obcierają podczas biegu.

Co do ich funkcjonalności, to podobnie jak w przypadku krótkich spodenek mają wyjątkowo duża kieszonkę w okolicach kości ogonowej, która pomieści myślę, że każdej wielkości smartfon. Jak już pisałam wcześniej, dla mnie jest to ogromny plus, ponieważ biegam zazwyczaj po leśnych ścieżkach, gdzie czuje się o wiele bezpieczniej mając przy sobie telefon.

Podoba mi się też grafika, która pomimo poprzecznych pasków wcale nie dodaje kilogramów. Dzięki niej legginsy są żywe, ale w stonowanej kolorystyce, która myślę że spodoba się każdej z Pań. Wiem, że większość dziewczyn woli biegać w czarnym, bo wyszczupla, ale właśnie zmieszanie szarości i czarnego dodaje uroku i kobiecości nie zawsze kobiecej odzieży biegowej.

Dla mnie legginsy to HIT, idealnie nadadzą się do biegania, chodzenia po górach, ćwiczeniach w fitness klubie, czy na jogę!

Łapcie je póki są w sklepach!

dsc_7904

WINDSHELL – Kurtka Fired Up Dare2b <LINK>

DSC_7697.jpg

Kolejna rzecz z Dare 2b dla której jestem w 100% na tak. Zauroczył mnie swoim neonowym kolorem i funkcjonalnością. Odkąd go mam, moja kamizelka nie do biegania, ale w której biegam ZAWSZE kiedy jest ciut chłodniej, poszła w niepamięć.

Windshell zdobył moje serce pod kilkoma względami. Jest nieprzewiewny, dzięki czemu nie czujemy wiatru, ale jest na tyle cienki i na tyle dobrze odprowadza wilgoć i ciepło, że nie jest nam w nim za gorąco i nie czujemy w środku wilgoci spowodowanej intensywnym wysiłkiem. Nadaje się do biegania w wietrzne lub chłodniejsze dni. Parametry materiału są na tyle dobre, że przy bieganiu w delikatnym deszczu byłam zupełnie sucha w środku.

dsc_7691

Dodatkowo windshell jest wyjątkowo cieniutki i dzięki temu bardzo kompaktowy. Po zwinięciu idealnie mieścił mi się do kieszonki w koszulce rowerowej, dlatego ja używałam go nie tylko do biegania, ale brałam go ze sobą na każdy wypad rowerowy w Cypryjskie góry. Na zjazdach na których robiło się wyjątkowo zimno sprawdził się idealnie.

img_20160519_230610

Windshell oczywiście na długi rękaw, który zakończony jest dosyć ścisłymi gumkami. Dzięki temu nie pozwala przesuwać się rękawom podczas biegu. Gumki jednak nie są krępująca i nie uciskają. Dolny ściągacz jest wykonany tak samo i co za tym idzie windshell nie przesuwa się też na brzuchu kiedy przemierzamy biegowe ścieżki. Nie ucieka do góry i nie musimy go co chwilę ściągać na dół. Jest tam gdzie być powinien. Jest na tyle luźny, że nie krępuje ruchów. Biega się w nim swobodnie, tak jakbyśmy go nie mieli na sobie. Ma delikatny kołnierzyk co dodatkowo chroni naszą szyję przed wiatrem. Jest delikatnie luźny, ale nie obciera podczas treningu.

Kolejnym atutem windshell-a jest jego kolorystyka. Dzięki neonowej żarówce widać Was nawet po zmroku, dlatego każdemu miejskiemu nocnemu biegaczowi polecam go właśnie w tej kolorystyce. Dodatkowo ma kilka bardzo delikatnych pasków odblaskowych, które zwiększają Wasze bezpieczeństwo podczas biegu. Myślę, że sprawdzi się nie tylko podczas treningów biegowych, ale we wszystkich aktywnościach outdoorowych. Istnieje wersja męska i damska, więc możecie rodzinnie się w windshell-e przyodziać.

dsc_0672dsc_0655

 

Dziewczyny zdecydowanie fajniej wyglądamy jak nas widać na biegowych ścieżkach. Więc wrzućmy na nie trochę neonu i dziewczęcego uśmiechu !

 

Jeżeli macie jakieś pytania co do odzieży Dare 2b, którą dla Was testowałam. Komentujcie, piszcei i pytajcie się a spróbuję na każde z Waszych pytań w miarę na bieżąco odpowiedzieć!

 

dsc_0729
U nas przydał się nawet Zosi 🙂

O.

Reklamy

5 sposobów na poranną owsiankę.

Ponieważ, po moim detoksie na nowo odkrywam smaki, a radość z „owsiankowania” jest ogromna, podrzucam Wam kilka pomysłów, na to pyszne i pożywne śniadanie.

Aby Wasza poranna owsianka nie była zawsze taka sama, dzisiaj 5 zupełnie różnych, ale równie pysznych sposobów na nią. Mój owsianko-wy mix to nie tylko płatki owsiane. W szklanym słoiku goszczą płatki owsiane, jaglane, nasiona chia i siemię lniane.

 

img_20160916_120529

1. Chałwowy raj.

To wersja dla smakoszy, miłośników chałwy i osób nie bojących się eksperymentów.

Składniki:

  • Mix owsiany ( 4-5 łyżek stołowych)
  • 1 łyżka tahiny
  • 50 g mrożonych jagód
  • 1-2 łyżeczki syropu z agawy
  • garstka ulubionych orzechów

Mix owsiany zalewamy wrzątkiem, tak aby woda przykryła całe płatki, odstawiamy na kilka minut do namoczenia. Do rondelka wrzucamy mrożone jagody, dolewamy syrop z agawy i podgrzewamy aż jagody puszczą sok i będą ciepłe. Do namoczonych płatków, dolewamy łyżkę tahiny, wlewamy ciepłe jagody. Na wierzch rzucamy garstkę ulubionych orzechów ( ja wybrałam brazylijskie i włoskie). Możecie dodać łyżkę jogurtu naturalnego, jeżeli odrzuca Was owsianka na wodzie.

2. Rozgrzewające jabłuszko.

Składniki:

  • 4-5 łyżki płatków owsianych/ mix-u owsianego
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki suszonego imbiru
  • 3-4 łyżki jabłek uduszonych z wanilią
  • garstka suszonej żurawiny
  • opcjonalnie (ulubione orzechy)

Do rondelka wlewamy około pół szklanki wody, wrzucamy wszystkie przyprawy. Jak woda się zagotuje wrzucamy płatki i ściągamy z ognia, odstawiamy aż płatki wsiąkną całą wodę. Nie chcemy żeby płatki się gotowały ponieważ wtedy będą miały wyższy indeks glikemiczny, a co za tym idzie gwałtowniejszy wyrzut cukru we krwi. Dodajemy 4-5 łyżek ugotowanych dzień wcześniej jabłek z wanilią (kilka jabłek obieramy i kroimy w kostkę, wrzucamy do rondelka dolewamy kilka łyżek wody, wsypujemy miąższ z 1/3 laski wanilii i dusimy około 10 minut). Taką owsiankę posypujemy garstką żurawiny, lub ulubionymi orzechami. Ponownie możecie dodać 1-2 łyżki jogurtu naturalnego, jeżeli odrzuca Was owsianka na wodzie.

3. Zimowa granola.

Składniki:

  • 4-5 łyżek płatków owsianych/ mixu owsianego
  • 1/2 banana, dla łasuchów może być cały 🙂
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego
  • garść domowej granoli  <LINK>

Płatki/ mix zalewamy wrzątkiem, odstawiamy na kilka minut, aż płatki wciągną całą wodę. Dodajemy banana pokrojonego w kostkę, jogurt i posypujemy sporą garścią domowej granoli. Pyyyyyychaaaa.

IMG_20160729_092541.jpg

4. Garść owoców.

To ewidentnie bardzo letnia wersja owsianki, dlatego że w misce ląduję wszystkie możliwe owoce sezonowe.

Składniki:

  • 4-5 łyżek mixu owsianego/ płatków owsianych
  • garść malin
  • garść truskawek
  • garść innych owoców sezonowych
  • 1/2 banana
  • łyżka jagód goi
  • opcjonalnie kilka łyżek jogurtu naturlanego

W miseczce rozgniatamy banana, dodajemy płatki/mix i zalewamy wrzątkiem, odstawiamy i czekamy aż cała woda wsiąknie w płatki. Dodajemy pokrojone na kawałki owoce sezonowe i jagody goi. Opcjonalnie możecie dodać kilka łyżek jogurtu naturalnego i/lub domowej granoli, czy orzechów.

 

5. Cypryjskie klimaty.

Jak wiecie jestem dosyć mocno związana z Cyprem, a więc nie mogło zabraknąć tu tej śródziemnomorskiej wersji, z orzechami włoskimi i miodem. Jogurt naturalny z orzechami włoskimi i miodem to typowo grecki deser.

Składniki:

  • 4-5 łyżek płatków owsianych/mix-u owsianego
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego
  • spora garść orzechów włoskich
  • 2 łyżki miodu
  • opcjonalnie  (garść borówek amerykańskich)

Płatki zalewamy wrzątkiem, odstawiamy aż wsiąknie cała woda. Dodajemy jogurt naturalny, posypujemy orzechami włoskimi i polewamy obficie dobrej jakości miodem! Dla miłośników owoców, takich jak ja, możecie dorzucić garstkę borówek amerykańskich.

 

breakfast-1580328__340

 

Ciekawe, która będzie Twoją ulubioną ?

 

 

O.

 

 

DOMOWA GRANOLA – według BBM

Przepis powstaje na  potrzeby innego więc na szybko podrzucam Wam moją ulubioną wersję domowej granoli.

Żeby granola się nie przypaliła, a przy tym była chrupiąca i delikatnie słodka musimy użyć tłuszczu i jakiegoś słodu. A że jestem ogromną zwolenniczką kokosa to dorzucam jeszcze ciut kokosowej nuty.

6485339031_afb318cb7b_b
zdj. Flickr

Składniki:

  • garść orzechów włoskich
  • garść orzechów brazylijskich
  • garść orzechów nerkowca
  • garść migdałów
  • garść orzeszków ziemnych
  • garść chipsów kokosowych
  • 2 garście płatków owsianych
  • 3 łyżki nasion chia
  • 4-5 łyżek oleju kokosowego
  • 4 łyżki syropu z agawy
  • 1/2 szklanki mleka kokosowego

 

Wszystkie orzechy kroimy na małe kawałki, wedle Waszych preferencji. Ja osobiście lubię dosyć duże kawałki, tak aby każdy orzech był wyczuwalny, ale to kwestia gustu. Wsypujemy do dużej miski, dodajemy płatki owsiane i nasiona chia. W rondelku rozpuszczamy olej kokosowy. Po rozpuszczeniu dodajemy syrop z agawy, i mleko kokosowe. Wlewamy mokre składniki do suchych i dokładnie mieszamy tak aby wszystkie składniki oblepiły się dokładnie. Jeżeli nie wszystkie składniki są mokre, możecie dolać więcej mleka kokosowego, albo dodać odrobinę wody, lub soku jabłkowego.

Rozgrzewamy piekarnik do 150 °, wysypujemy wszystko na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 45-60 minut aż orzechy będą zarumienione, co 10 minut delikatnie mieszając je na blaszce.

 

Dosypujcie ją do jogurtu, owsianki, kaszy jaglanej na słodko. Lub jak mój mąż po prstu wyjadajcie ją ze słoika!

Smacznego!

 

O.

DETOKS – czyli moje dwa tygodnie wyrzeczeń.

Od jakiegoś czasu mierzyłam się z zamiarem zrobienia detoksu. Straciłam apetyt na życie. Chodziłam notorycznie zmęczona, nic mi się nie chciało. Tylko treningi ratowały mnie z opresji i dodawały energii, niestety tylko na krótką chwilę. Anemia dolała oliwy do ognia i tak oto już na początku wakacji wiedziałam, że pierwsze co zrobię po zakończonym sezonie triathlonowym to 2 tygodniowy DETOKS.

Zarówno w okresie startowym jak i przed, kiedy mój tydzień wypełniało 9 jednostek treningowych, wiedziałam, że szanse na wytrzymanie w tak rygorystycznej diecie są znikome. A nawet gdyby się to udało mogłoby się to skończyć niekorzystnie dla mojego zdrowia. Podobnie było kiedy dowiedziałam się o anemii, wtedy takie „wygłodzenie” organizmu mogłoby spowodować tylko pogorszenie sytuacji. Dlatego już przed ostatnim startem w Kraśniku, kiedy hemoglobina zaczynała wchodzić w granice normy, wiedziałam że w poniedziałek nadejdzie czas na to z czym chciałam się zmierzyć dawno dawno temu – Detoks.

I tak o to dzień po ostatnim starcie w tym sezonie podjęłam decyzję o rozpoczęciu postu warzywno-owocowego wg Dr. Dabrowskiej. Pierwsze 2 dni były przygotowawcze, trochę z wyboru, bo dom był pełen świezych malin i truskawek i wiedziałam, że jeśli nie ja to wszystkie te owoce się zmarnują. Dlatego przez poniedziałek i wtorek, nie jadłam już żadnych „węglowodanów” , tłuszczy, orzechów i całej reszty która w takim poście jest niedozwolona. Pozwoliłam sobie jednak jeszcze na owoce typu maliny i truskawki. W taki sposób zrobiłam sobie 2 dni wprowadzające do detoksu. Jak się potem okazało. Każdy kto chce się za taki detoks wziąć powinien zacząć właśnie od 2 dni wprowadzenia na monodiecie, lub wersji trochę lżejszej czyli jaglano-warzywnej.

No dobra ale co to jest ten detoks ??

Są 3 podstawowe rodzaje detoksu. Pierwszy, to maksymalnie trwająca tydzień, głodówka lub lżejsza wersja głodówki w której dozwolone są soki warzywne. Drugi to chyba najbardziej popularny detoks warzywno-owocowy, któremu ja się poddałam. Trzeci to nowość opracowana przez Beatę Sokołowską która napisała książkę „Alkaliczny Detoks” (wszystkim zainteresowanym serdecznie ją polecam) i najlżejsza forma detoksu. Nie wprowadza ona organizmu w odżywianie endogenne, ale podobno przy dwu tygodniowej kuracji daje równie zadowalające efekty.

Pierwsze dwie formy detoksu, to takie które mają na celu obudzić w organizmie tak zwane „odżywanie endogenne”. Bardzo niewielka podaż kalorii i węglowodanów o niskim indeksie glikemicznym, bez skrobi powoduje, że organizm zaczyna konsumować to co jest wewnątrz nas, oczyszczając i odkwaszając nasz organizm. Przyczym dodaje nam to witalności i energii do życia. Pamiętajcie, że na taki detoks powinny decydować się osoby w pełni zdrowe, a chore przez podjęciem wyzwania koniecznie muszą skonsultować się z lekarzem.

Moje 14 dni wyrzeczeń.

Ja postawiłam na detoks wg Dr. Ewy Dąbrowskiej. Polegał on na tym, że przez 10-14 dni miałam jeść tylko warzywa i owoce dozwolone, czyli: warzywa korzeniowe (marchew, buraki, seler, pietruszka, rzodkiew), kapustne (kapusta, kalafior, brokuł), cebulowe (cebula, por, czosnek), dyniowate (dynia, kabaczek, ogórki), psiankowate (pomidor, papryka), liściaste (sałata, natka pietruszki, rukola, szpinak i zioła) i niskocukrowe owoce takie jak: jabłka, grejpfruty, cytryny.

Jak się spojrzy na ilość produktów dozwolonych mało ma to dla mnie z dietą warzywno-owocową. Bardziej wygląda mi to na post warzywny, ponieważ tak na prawdę jabłko jest jedynym owocem, który podczas tych 10-14 dni chce nam się spożywać. Niemiej jednak gorzej to wygląda niż na prawdę jest. A efekty są niesamowite.

Na początku kiedy widzi się niewielką ilość warzyw jakie można jeść rodzi się pytanie czy ja codziennie będę musiała jeść pieczoną dynie, albo brokuły na parze? Otóż nie do końca. Wraz z każdym dniem będziecie znajdywać ciekawe przepisy i kombinować sobie na swój sposób. Ja wymyśliłam sobie kilka na prawdę fajnych opcji na śniadanie, obiad czy kolację. Które z chęcią jadłam przez ten czas, a nawet do dziś marzę o tej „idealnej sałacie na koniec lata” (przepis wkrótce).

 

Ponieważ wielu z Was pisało do mnie z zapytaniami jak mi idzie, co robię i po co. Dlatego powstał ten psot, który mama nadzieję zachęci nie jedną osobę to tego samego. Tak w skrócie napiszę, a zarazem mam nadzieję Was wszystkich uspokoję.

Przez te 10 dni, nie chodziłam głodna!

20160909_153541

Na prawdę! Ok zdarzało się, że mnie ssało, ale było to tylko i wyłącznie moją winą. Były to dni/chwile kiedy nie wzięłam żadnej przekąski ze sobą wyruszając na  pół dnia z domu, lub zapakowałam sobie obiad, a zostawaliśmy u znajomych długo ponad porę obiadową. Detoks na prawdę nie musi być strasznym doznaniem. Ba gwarantuje Wam, że będzie niesamowitym doznaniem. Doznaniem w które nie będziecie do końca wierzyć. Wasz mózg będzie chciał funkcjonować dalej tak samo, a ciało będzie wychodziło poza schemat codzienności. I zamiast budzić się rano i chować pod kołdrę na „jeszcze minutkę”, będziecie wstawać zdumieni że od rana skądś jest w Was energia.

Nie powiem, że na początku jest lekko. Pierwsze dni są tragiczne. Mówią, że to za sprawą uwalniających się toksyn z organizmu. Człowiek czuje się po prostu źle, tak jak przy grypie. Do tego boli głowa i nic się nie chce. Nie jest to motywujące. Ja, książkowo, kryzys miałam 3 dnia. Co prawda od drugiego bolała mnie głowa (tego wytłumaczenie jest w tym że przyjmujemy bardzo małe ilości cukrów), do tego czułam się jakby walec po mnie przejechał. Ale byłam gotowa na to uczucie. Wiedziałam co mnie czeka i czekałam na polepszenie sytuacji.

Jednak po kilku nieprzyjemnych dniach, dzieje się jakiś cud. Człowiek promienieje, nagle wszystkie te nieprzyjemne objawy znikają, przyzwyczajamy się do diety, do tego co jemy, zaczynamy czerpać z tego przyjemność. Kolejne parę dni później czujemy się lekko jak nigdy w życiu. Czujemy się zdrowo, świeżo i nie wiem czy można użyć tego określenia tu, ale wypadało by powiedzieć nieskazitelnie.

W czasie detoksu odpuściłam sobie mocne treningi. Od 5 dnia co parę dni, truchtałam sobie 5 kilometrów, tylko na rozruszanie. Były też pojedyncze treningi na rowerze, z małą intensywnością, ale umiarkowane kilometrażowo. Ale wszystko do czasu. Ostatni rower, zrobiłam na dwa dni przed końcem detoksu i czułam jakbym paliła swoje mięśnie. Wtedy odpuściłam i zrobiłam sobie mini przerwę na małe roztrenowanie i odpoczynek.

Jak się przygotować?

Podobno nie ma idealnego czasu na drugie dziecko, tak samo myślę że nigdy nie będzie idealnego czasu na 2 tygodniowy detoks. Nie da się przewidzieć każdej sytuacji, ewentualnych spotkań towarzyskich, czy przypadkowych wypadów do knajpy. Ja byłam na tyle zdeterminowana, że wiedziałam, że nie ważne co się będzie działo dookoła mnie wytrwam w tym co sobie założyłam. I pomimo, że nie raz oblewaliśmy zakończenie sezonu, nie raz odwiedzaliśmy rodzinę w tym czasie i mieliśmy najbardziej idealny wypad rowerowy na kawę i ciacho, na ktorym ja wypiłam szklankę wody, dało się, więc każdemu z Was się uda!

20160904_134338-01.jpeg

Co prawda, pewnie jak każdy, miałam myśli czy aby nie zrobić sobie małego”cheat day”, wypić winka czy wciągnąć małą kuleczkę mocy. Jednak gdy pomyślałam sobie, że to tylko 10 dni na przestrzeni 365 dni w roku, to na prawdę nie ma nad czym się zastanawiać.

Warto jednak trzymać się kilku zasad aby ułatwić sobie życie.

  • Zawsze miejcie jedzenie przygotowane na 1-2 dni do przodu. Gotujemy duże gary zup, lecza czy innych jednogarnkowych dań. W taki sposób zawsze możecie wrzucić coś do słoika i mieć do zjedzenia w pracy, czy gdzieś na mieście. Dodatkowo taki gar zawsze przyda się, gdy nie ma czasu na śniadanie.
  • Warto mieć zawsze w lodówce główkę kalafiora czy brokułów, tak żeby w razie nagłego głodu zrobić sobie szybkie warzywa na parze.
  • Ja miałam też uduszone jabłka z laską wanilii, które ratowały mnie gdy baaaardzo mi się chciało czegoś słodkiego. Podjadałam wtedy 1/2 łyżki jabłek i apetyt mijał.
  • Gdy wychodzicie z domu na dłużej miejcie zawsze jakieś przekąski ze sobą. Ja nie rozstawałam się z jabłkiem , a jak robiliśmy dłuższe wypada to obowiązkowo zupa/leczo było brane i ewentualnie coś z czego mogłam szybką sałatkę wymodzić.
  • Soki warzywne ratują kiedy nachodzi Cię nagły głód. Mój ulubiony to burak,marchew, jabłko, jarmuż.

Co było najtrudniejsze?

img_20160910_173903
Racuchy dla nich. Te co prawda zjedli w ilości sztuk 16, na jeden podwieczorek 🙂

Gotowanie dla innych. Jeszcze trudniejsze było to gdy mój R podchodził do garnka nad którym spędziłam ostatnie pół godziny i mówił, o fuu to jest bez smaku. Tak, podeszłam do tego na serio i nawet nie próbowałam tego co gotowałam dla Zosi czy niego. Dlatego wybierałam takie dania które robiłam już nie raz, żebym mniej więcej znała proporcje.

I wcale nie było najtrudniejsze odmawianie sobie kawy i ciacha, czy „normalnego jedzenia”. Po kilku dniach na detoksie czułam się tak dobrze i lekko, że każde jedzenie, nawet to zdrowe, wydawało mi się zanieczyszczające i nie zdrowe. I wszystkie te zachcianki zamieniają się w ciekawość, co by było gdybym tak już zawsze się odżywiała.

 

Po za tym, najważniejsze jest to, aby na taki detoks, być przygotowanym w głowie. Jeżeli jesteśmy świadomi tego co nas czeka, łatwiej nam jest przejść przez kryzysy, czy inne słabości które na pewno każdego na jakimś etapie dopadną. Porównałabym to do porodu, który łatwiej jest przetrwać, kiedy jesteśmy na niego przygotowani.

Czy warto?

Na pewno TAK. Po takim detoksie, człowiek nie tylko czuje lekko, świeżo i ma dużo energii, ale jest jakby bardziej świadomy życia. Ja od 7-8 dnia detoksu chodziłam po tym świecie jak naćpana. Ogarnął mnie wewnętrzny spokój, byłam szczęśliwa, czas płynął wolniej, trudno było mnie wyprowadzić z równowagi i miałam dużo więcej cierpliwości niż na co dzień. Ciężko jest opisać to uczucie. Myślę też, że każdy z Was będzie taki detoks przechodził na swój sposób, miał swoje odczucia i po swojemu go przeżywał.

Jedno jest jednak pewne, zauważycie dużo rzeczy które robicie na co dzień, a które po tym detoksie będą wydawały się złe, czy niepotrzebne. Zauważycie o ile za mało wypijacie wody, kiedy jest czas i chęć na kawę, herbatę, winko. Zauważycie ile podjadacie w ciągu dnia. Ile zbędnych kalorii, śmieciowych łyżeczek raz słodkiego, raz słonego, wpychacie w swój organizm pomiędzy głównymi posiłkami. Zobaczycie jak niewiele pożywienia Wam potrzeba żeby czuć się dobrze i być pełnym energii. Zobaczycie jak Wasz organizm nabiera lekkości, oczyszcza się i nabiera witalności.

20160913_135853

A potem każdy posiłek będzie Wam się wydawał zbyt duży, zbyt tłusty, zbyt niezdrowy.

 

 

O.

Detoks czy filozofia życia ?

Moj detoks ewidentnie nie sprzyja mojemu pisaniu.
Jakoś ten zanieczyszczony organizm miał o wiele więcej do powiedzenia. Od kilku dni ogarnął mnie totalny spokój, wszystko wydaje się do wykonania, a czas płynie powoli. Nawet to samo mieszkanie, które nieposprzątane potrafiło doprowadzić mnie do białej gorączki, nie irytuje mnie tak bardzo. Treningi zamieniły się w „po prostu w bieganie” i „po prostu jeżdżenie”. Dawno nie czułam takiego spokoju w środku.

Moja anemia sprawiła, że zaczęłam myśleć o moim organizmie w trochę innych kategoriach. Zawsze wydawał mi się niezniszczalny i niepokonany. Dzisiaj po przebojowym sezonie sportowym. Po idealnych startach i tych mniej idealnych, wiem że nie jestem ze stali. Może połowicznie jestem małą iron girl, na której miano zasłużyłam ciężka pracą i kilkoma startami na tym dystansie, ale na pewno mój organizm stalowy nie jest i ten sezon ewidentnie mi to pokazał.

Pokazał mi natomiast, że czasami trzeba wiedziec kiedy odpuścić, kiedy powiedzieć sobie dość. Pokazał, że nawet w sporcie nie można planować. Pewnie że można, a nawet trzeba mieć aspiracje, nowe cele. Bez nich nie byłoby tak ciekawie. Ale warto zostawić sobie margines na te sytuacje poza naszą kontrolą, które wbrew pozorom są i zawsze będą się przewijać przez nasze życie. Mądra mama po szkodzie. Ale wiele w tym roku było podporządkowane do tego jedynego wymarzonego startu w Gdyni. Życie pokazało mi że nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę. Nie warto ślepo dążyć do jednego celu. Warto natomiast cieszyć się samą drogą. Tą drogą dzięki której właśnie jesteśmy tacy jacy jesteśmy. I pomimo, że jako mama, triathlonistka, biegaczka i włóczykijka powinnam najlepiej na świecie wiedzieć że plany dosyć często się zmieniają. Ja pokusiłam się dążyć ślepo do celu, a przez to zabiłam sobie i cel i cześć podroży.

IMG_20160820_220029.jpg

O moim zdorwiu jeszcze napiszę, ciągnie się ten temat za mną jak rzeka. Ale na to potrzebuję jeszcze chwilę.

Dzisiaj, w środku nocy, kiedy wszystkie światła są już zgaszone a ekran komputera delikatnie rozświetla mój pokój, chcę Wam przypomnieć o dbaniu o siebie. O znalezieniu wewnętrznego spokoju, który ja może przypadkiem odnalazłam dzięki tym 10 dniom pełnym wyrzeczeń. Może to dzięki nim tak zwolniłam wewnętrznie, wyciszyłam się, pozwoliłam rzeczom wokół mnie po prostu „się dziać”. Nie sterowałam światem, a nie ma co ukrywać lubię to robić. Poddałam się wszystkiemu co dookoła mnie się działo. Mój detoks nie tylko wprowadził mój organizm w harmonię. Przynajmniej mam taką nadzieję, ale i zaserwował mi spokój wewnętrzny. Wszystko nabrało kolorów, tych co dawniej. Uśmiech sam pojawia się na mojej buzi, a i serce zrobiło się jakieś cieplejsze przyjemniejsze dla otoczenia.

Pamiętajcie, i mówi to do was kobieta w środku nocy, że to wy wyznaczacie sobie drogę po jakiej chcecie iść. Może ona być bardzo burzliwa pełna wertepów i złości, może też być krętą ścieżka, bo taką nam życie zazwyczaj funduję, ale pełną słońca i radości. Każdego dnia wybieracie czy wstaniecie z uśmiechem na twarzy, czy od rana będziecie żądlić jak głodne osy. Wasz uśmiech i Wasze nastawienie, sprawi, że otoczenie samo uśmiechnie się do Was a miłe rzeczy i chwile same będę się dziać.
I tak oto moj wpis o niczym, w którym chciałam wytłumaczyć brak mojej weny, był totalnie filozoficznym odlotem Biegającej Bio Mamy. Która po 10 dniach na warzywach czuje sie jak Beata Pawlikowska rozbujana w obłokach i miłości.

Co to sie porobilo ?

Kto sie pisze na kolejny seans detoksu? Może na wiosnę? Wspólnie zawsze łatwiej, a na pewno zawsze raźniej!

IMG_20160828_201557
O.

Triathlon Kraśnik, czy to już koniec sezonu ?

12717506_1659810780946847_8912197971042129118_n

Lato na blogu było ewidentnie bardzo triathlonowe. Nie wiem ilu z Was dotrwało do końca tego lata ze mną. Ilu już miało dosyć czytania relacji z moich zawodów. Ilu przeszkodziła moja nieregularność i brak innych merytorycznych tekstów.

Na początku wiszę Wam przeprosiny, że było tu bardzo o mnie, a tak niewiele dla Was. I zarazem podziękowania, że byliście ze mną i motywowaliście mnie do dalszej walki, która w tym roku nie zawsze była taka prosta.

Ten sezon był chyba najbardziej burzliwym sezonem w moim tri-życiu. Masa wyjazdów, przemieszczania się i załatwiania miliona spraw na raz nie pomogła w stabilizacji i regularnym trenowaniu. Moje emocjonalne wzloty i upadki, na podłożu zdrowotnym też dolały oliwy do ognia. Było intensywnie, burzliwie, ale był to też chyba najpiękniejszy TRI-sezon.

Ogromny progres, ogromna ilość czasu spędzona na treningach, ogromne postępy i niewyobrażalne kilometry w siodle. Wiele podium, wiele startów w czołówce kobiet i nie tylko. Była też totalna zdrowotna katastrofa, która nadal się za mną ciągnie (o tym mam nadzieję może już niebawem napiszę) i wielkie załamanie w połowie sezonu, które wykluczyły mnie z walki o wiele. I pomimo, że dla innych sezon triathlonowy wciąż trwa. Ja tym startem zakończyłam swój sezon startowy  w triathlonie. Czas zająć się ważniejszymi rzeczami – zdrowiem.

Wczorajszy Kraśnik pomimo, że nie zapowiadał się ciekawie był kwintesencją moich zmagań. Mojej walki nie tylko sportowej, ale i też tej emocjonalnej i zdrowotnej. I pomimo, że minęłam się z podium w kategorii OPEN kobiet o zaledwie 30 sekund, to dreptałam po pietach tym wszystkim które wydawały mi się o wiele lepsze. Ja anemiczka, zdrowotnie rozsypana, nie trenująca … mama!

Miałam tydzień przerwy w treningach, w wodzie nie byłam od Gdyni. Chciałam tylko dwie rzeczy jeśli chodzi o Kraśnik, zrobić go mocno i z uśmiechem. Nie zależało mi na czasie, na miejscu. Nie patrzyłam (wyjątkowo) na to kto startuje, w jakiej jest formie i w jakim tempie muszę zrobić każdą z dyscyplin. Plan był żeby nie patrzeć na zegarek. Chciałam poczuć że daję z siebie wiele, nie tak jak na moich połówkach, nie tak jak ostatnio na treningach. Miało być mocno, ale tempo każdej z dyscyplin było dla mnie jednym wielkim znakiem zapytania?

Chwilę przed.

Jak zwykle w Kraśniku pogoda nam dopisuje, powiedziałabym nawet że GORĄCO nas rozpieszcza. W zeszłym roku jedyne 32 stopnie, w tym roku nie patrzyłam na termometr, ale czułam się co najmniej jak w piekarniku! Start jest dosyć późno więc na spokojnie wyjechaliśmy z domu.

IMG_20160828_201557
Kwintesencja bycia mamą i triathlonistką. Takie zdjęcia pokazują jak bardzo kocham to co robię.

Kraśnik jest chyba idealnym miejscem na rodzinne starty, a pogoda która dopisuje co roku jeszcze bardziej to potwierdza. Całe zawody mieszczą się bowiem nad Zalewem Kraśnickim. Na małej ale bardzo przyjemnej plażyczce, z placem zabaw i parasolami, jest start imprezy. Tamtędy też biegnie trasa biegowa, co sprawia że nie trzeba się za bardzo ruszać żeby być  w samym centrum imprezy. Dzieciaki w kostiumach szalały na plaży a my wbijaliśmy się okropnie czarne pianki, w których po kilku minutach człowiek był mokrusieńki. Zosia jak zwykle została pod okiem już chyba jej ulubionej cioci, a Justyna chyba w końcu nie musiała za nami biegać z dzieciakami 🙂

Start.

Stajemy na lini startu. Widzę znajome twarze. Fajnie jest startować w miejscu w którym jest się choć trochę rozpoznawalnym. Jest do kogo buzię otworzyć. Uśmiechnąć się i pogadać. Jesteśmy jak czarne larwy grzejące się na słońcu i mam wrażenie że gdyby przez coś lub kogoś start się opóźnił. Wszyscy w tych pięknych strojach byśmy się tak roztopili od prażącego słońca, jakie nam tego dnia świeciło! Jednak najprzyjemniejsze przed nami. ta zimna, chłodząca woda do kt®óej wyjątkowo chciało mi się wskoczyć.

10,9,8,7, zaczęło się…… 3, 2, 1 … START!

Pływanie, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

Wskoczyły czarne stroje do wody. Linia startu była  bardzo szeroka więc większość z nas zmieściła się w pierwszych 3 liniach. Ponad 100 zawodników wpadło do wody na raz. Ja jak zwykle ustawiłam się dosyć z przodu. Chciałam przytrzymać się jak najdłużej nóg byłej pływaczki Karoliny Zygo, i przez jakiś czas całkiem nieźle mi to szło. Jednak wolałam nie eksperymentować z bardzo mocnym pływaniem, bo moja forma nie była na szczycie. Zwolniłam więc, a jej nogi powoli oddalały się od moich. Niemniej jednak trzymałam dobre tempo. Płynęło mi się naprawdę dobrze, choć czułam nieprzygotowane ręce. Pierwsze kółko, wybiegamy z wody żeby ominąć bojkę i słyszę kibiców krzyczących do faceta za mną ” Jarek jesteś 10, dajesz!”. Zaskoczeni jesteście pewnie tym tak samo jak ja wtedy, na 100 zawodników jestem w pierwszej 10 ?? No nieźle pomyślałam. I jakoś ból i zmęczenie rąk przeminęło, a sił tylko przybyło. Dosyć głęboko było do samego końca więc ledwo co udało mi się zerwać czepek i okularki w wodzie. Jak już kiedyś pisałam, gorące starty nauczyły mnie że podstawą jest zamoczenie czupryny w wodzie zanim wskoczę na rower. Dlatego dokończyłam moczenie, kilkoma chluśnięciami wody. Włosy mokre, lecimy dalej!

Z wody wyskoczyłam 8-ma, czyli jak na mnie (w pełni sił) przystało.

14138607_1082040508549113_3908419993723229596_o
Fot. triathlon Kraśnik

received_1241909135850738-01.jpeg

 

Rower z draftingiem, czyli łatwiej jest być kobietą. 

Ten rower to było istne szaleństwo w moim i Argonowym wykonaniu. Nie spodziewałam się choć w połowie tego co się tu wydarzyło. Zaczęło się niewinnie. Miał być rower z draftingiem, a mój zapowiadał się na totalną solówkę. Ani jednej żywej duszy przede mną i ani jednej za mną. Pierwsze kółko na rozgrzewkę, poleciałam więc zupełnie w pojedynkę. Średnia fajna, moja, ale chciało by się lepiej. Niewiele osób do mnie dojeżdżało. wyprzedziło tylko 2 panów na czasówkach, aż nie chciało mi się wierzyć, że gdzieś tam chwilę za mną ciągnęły się kilkunastoosobowe pociągi, te które widziałam na zdjęciach.

14188539_1416533118364069_2067732994436056797_o

Drugie, kółko zaczyna robić się trochę ludzi. Część dopiero wjeżdża na trasę kolarską część zza pleców powoli się wyłania. Skręcamy w lewo i słyszę męski głos krzyczący, dawaj do nas! Podłączaj się ! Jechali sporo szybciej niż ja, więc nie wiedziałam czy mi się to uda, ale raz kozie śmierć. Usiadłam na koło i jadę, pedałuję co sił w nogach bo te męskie wielkie uda ewidentnie mają więcej siły niż ja, ale się nie poddaję. Panowie jadą równo, ale jadą też ze średnia 38 km/h. Czy ja oszalałam ?? Może, ale jest fajnie więc cisnę ile sił w nogach. Nie lubię draftingu bo jest niestabilny, jeździ się bardzo interwałowo. Czasami chcesz naciskać hamulce, a jadąc w tym samym pociągu czasem nie masz siły dogonić ostatniego wagonu. Pomimo to, dlaczego miałabym nie skorzystać. W szczególności gdy jeden z Panów uprzejmie na mnie nawet „poczekał” 🙂

Siedem kilometrów ze średnią 38 km/h, niezły wynik, ale ciut za mocny jak dla mnie. W szczególności że trasa nie była płaściutka i prościutka. Miała dużo zakrętów, takich 90° i więcej, i małych podjazdów. Były też dziury i naturalne garby, na których trzeba było uważać. Na końcu drugiego kółka odpadłam, nie dałam rady nadążać za nimi, bo przez większość trasy tak to wyglądało. Trzecie kółko, jadę znowu sama. Na trasę wjeżdża coraz więcej ludzi, widzę innego koloru numery startowe, więc wiem że Ci z dystansu sprinterskiego się tu też pojawili. Nie ważne, mknę jak nienormalna pośród wszystkich. W końcu wyprzedzając większość którą spotkam na trasie. Nie wiem co się stało, ale czekałam na taki rower odkąd dostałam Argona. Czekałam na tę moc i na to uczucie, że w końcu nie jestem wyprzedzana, a to ja wyprzedzam ! Ci którzy do mnie dojeżdżali za każdym razem krzyczą dawaj z nami, podczepiaj się. I tak próbuję.  W końcu na 3-cim kółku znajduję fajnych zajączków z którymi jadę prawie do końca. Oni nadają tempo, a ja dzielni się jego trzymam. W zamian oddaję swoją wodę, podaje bidon do ręki obok i walczę dalej. Choć jakoś się mogłam przydać. na ostatniej prostej jedziemy już trochę luźniej, pytam się nawet czy nie po prowadzić peletonu przez jakiś czas, bo w końcu nie wypada się tylko wozić. Panowei ewidentnie woleli mnie na swoim ogonie. Ostatnie kółko, gęba nie przestaje mi się cieszyć. Co ja wyczyniam na tym rowerze. Ani mój Rafał, ani Kola nie dojechali do mnie na tych 43 kilometrach trasy. A przecież z wody wyszli maks pare minut za mną. Istne szaleństwo !

14124430_1082041081882389_5610885113882789216_o
fot. triathlon kraśnik

Jadę nakręcona jak chomik w kołowrotku. Żadna kobieta nie wyprzedziła mnie na rowerze, a jechała na pewno choć jedna o wiele lepsza ode mnie! Pamiętam ten widok kiedy na triathlonie w białce minęła mnie jak Ci panowie na rowerach z dyskiem. A tu po niej ani śladu. Wpadam do belki tak nakręcona, że ledwo co udaje mi się wyhamować. Rower staje na przednim kole, ja osuwam się z siodełka na ramę, ale to nic. Jestem cała i zdrowa i pojechałam rower na prawdę mocno !

Wbiegam do strefy, niewiele rowerów na chudych oponach stoi i czeka na finish swoich właścicieli. To znak, że jestem na prawdę wysoko.

 

Bieganie, czyli jakaś eureka sezonu.

IMG_20160828_203716

Fot. Najlepsza ciocia i niania na świecie !

Wybiegam ze strefy, nie chcę patrzeć na zegarek, ale czuję że biegnę mocno więc odbiegam od reguły i spoglądam na ekran Garmina. Pokazuje dużo za szybkie tempo, 4:50 to nie to, co chce wybiegać na początku. Chce zacząć wolno, a w miarę sił przyspieszać. Mijają kilometry, słońce praży, jakby chciało nas zjeść co najmniej na obiad. Na szczęście organizatorzy zlitowali się nad naszym losem i stworzyli 3 punkt z wodą na jednej pętli trasy biegowej, co na 10 kilometrach dało 6 punktów z wodą. Cudownie. Biegłam nie myśląc o czasie, o tym jakie tempo muszę utrzymać. Chciałam biec tak żebym się zmęczyła, nie czuła znużenia, ale żeby mój oddech był szybki i serducho pracowało na wysokich obrotach. Dlatego zegarek był tylko kontrolnym punktem, gdyby moja adrenalina z roweru rozpanoszyła się po ciele i chciała za mocno mnie przyspieszać.
Pomimo totalnego upału, prażącego słońca i miliona stopni celcjusza. Biegło mi się cudownie! Czułam siłę, której dawno nie czułam. Próbowałam zjeść żel i napić się wody, ale mój organizm odmawiał. Przez kilka kilometrów trzymała mnie kolka, ale ta lekka, te początki, które są do zniesienia. Napinałam brzuch podczas biegu i miałam nadzieję, że to coś pomoże. W końcu odpuściła, ale na kolejny łyk wody, czy żelu się nie odważyłam. Myślałam sobie o igrzyskach i triathlonistkach. Żadna z nich nie piła, ani nie jadła po

 

IMG_20160828_203818
Fot. Najlepsza ciocia i niania na świecie !

Na którejś nawijce obserwowałam bacznie Panie zna przeciwka. Widziałam Karolinę Zygo biegnącą niewiele przede mną. Byłam pewna więc, że jestem druga. Powtórka z zeszłego roku ? Wątpiłam, bo za mną były dwie dziewczyny które powinny zdecydowanie namieszać w moich planach. W połowie drugiego kółka dopadły mnie „różowe skarpety”, te których wyczekiwałam dawno dawno temu na rowerze. Wyprzedziły mnie topornie, ale biegły przede mną. Próbowałam utrzymać ich tempo, ale bałam się konsekwencji, a jeszcze zostały nam 3 kilometry. Wpatrzona w nie zastanawiałam się, czy dałabym je radę dogonić wyprzedzić. Strach jednak nie pozwalał przyspieszyć. Biegłam swoje, ale nie pozwalając im się oddalić zbyt daleko. W końcu spadłam na 3 pozycję, więc nie jest tak źle pomyślałam. Cieszyłam się jak dziecko, że te „różowe skarpety” które na początku sezonu odstawiły mnie już na pierwszym kółku roweru teraz dopadły mnie na samiutkim końcu biegu. Wbiegając na metę słyszę : „wielkie owacje dla 4-tej Pani”. Hmmmm… więc był ktoś jeszcze.

Pomimo, że minęłam się z podium o jedyne 30 sekund. To uśmiech i zadowolenie było ogromne. Satysfakcja na którą czekałam, od diagnozy „ANEMIA”. Siła, którą czułam dała chęci tylko na więcej, na jeszcze. Ciekawi mnie tylko to czy wykrzesałabym coś więcej z siebie gdybym wiedziała, że mijam się z podium i spadam na 4-te miejsce.

14115675_1416541541696560_5451180324142181401_o
Fot. triathlon Kraśnik

Nie wiem… ale to nie jest najważniejsze.

Czas mojej olimpijki : 2:36:23

Plywanie: 26:38 ( 1700m, przynajmniej mi tak wyszlo)

Rower: 1:15:05 ( 43 kilometry)

Bieg: 52:50 ( 10 km)

IMG_20160828_203949
fot. Najlepsza ciocia i niania na świecie!

Najważniejsza była ta siła i uśmiech które towarzyszyły mi przez cały wyścig. Najważniejsze było to, że do Karoliny która była rok temu o niebo lepsza zabrakło mi niecałych 2 minut, że „różowe skarpety” przybiegły tylko 30 sekund przede mną. Czuję progres i w taki sposób mogę zakończyć mój triathlonowy sezon. czas zająć się zdrowiem, które z badania na badanie okazuję się w coraz gorszym stanie. Wszystko łączy się jednak w piękną całość.

Dlatego jak się w Gdyni nie poddałam, jak się nie poddałam w Kraśniku i jak się nie poddałam w treningach z anemią, to wiem że cała reszta to jest tylko kwestia czasu. I znowu zdrowa i szczęśliwa będę chodzić po tym świecie.

A Was wszystkich zapraszam za rok do Kraśnika. Niby mała, kameralna impreza, a na prawdę super zorganizowana i pełna pozytywnych emocji. Fajne miejsce, fajni ludzie więc i fajny start!

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

13920319_1011278902318045_1599768675083218885_o.jpg
fot. maratomania.pl

Powoli umiem wrócić myślami do Gdyni. Ciężko jest mi to wszystko poukładać w głowie. Łatwiej się piszę o zwycięstwie, o swoich triumfach. Nie tylko tych na podium, ale też tych w środku siebie. O realizacji celu i byciu z siebie dumnym. Tym razem jednak, poczułam niezadowolenie, niesmak i niedosyt. A nie powinnam, bo całe to 113 kilometrów morderczego wyścigu zrobiłam z towarzyszącą mi koleżanką ANEMIĄ.

Jeszcze na tydzień przed startem, sprawdzałam do kiedy mogę zrezygnować ze startu, bo przy zapisach wykupiłam takie coś jak ubezpieczenie od rezygnacji. Jeszcze tydzień przed leżałam z okropną gorączką, która ponownie dopadła mnie z braku odporności jaką niedokrwistość wywołuje w naszych organizmach. Jeszcze na tydzień przed wyniki mojego żelaza wynosiły 7 jednostek, zamiast tych 40 minimalnych. Jeszcze na tydzień przed biegałam po lekarzach konsultując, czy to co zamierzam zrobić jest bardzo nieracjonalne. Jeszcze na tydzień przed, nie wiedziałam czy stanę na starcie Ironman 70.3 Gdynia.

Różne były opinie lekarzy. Jedni mówili kategorycznie nie, inni że jeżeli będzie bez gorączki do dnia startu to mogę spróbować. Żaden jednak nie dał stu procentowo zielonego światła. Straszyli nawet zapaleniem mięśnia sercowego, więc decyzja nie była łatwa. Była okropnie trudna, wiedziałam że nie mogę zbagatelizować żadnych objawów. Wiedziałam też, że po raz pierwszy mogę nie dotrwać do mety.

Na starcie stanęłam pełna obaw. Nie wiedziałam co mnie czeka, ale mój sportowy duch gdzieś w głębi nadal chciał walczyć. Obudził się wraz z wystrzałem startera, towarzyszył mi na całej trasie, a na koniec to właśnie on był odpowiedzialny za ten niedosyt i niezadowolenie. A szkoda…. Bo całą tą negatywność odegrałam sama w swojej głowie.

Startujemy.

Staje na starcie po raz pierwszy sama. Zazwyczaj startuję razem z moim Rafałem i garstką ludzi którzy dzielą tą samą pasję z nami. Tym razem słyszę 2 minuty do startu i szukam znajomej buzi. Czekam aż gdzieś zza tłumu wyłoni się twarz mojego dziecka. Jednak nie tym razem. Było nas za dużo na starcie. Justyna, która wzięła moją Zosie pod swoje skrzydła na 6 godzin i tak zasługuje na medal. Ba, ona dostała ten medal, ale dzień przed. Ta Gdynia była jej! Była uwieńczeniem jej 8 miesięcznej pracy, walki z samą sobą i naszym notorycznym wyciąganiem jej na treningi. Jej uśmiech, który towarzyszył jej podczas startu był najlepszym elementem tego weekendu. Jestem z niej przedumna i mam nadzieję, że ta Gdynia zrobiła jej tylko „smaka” na więcej. Jej start i zaciesz jaki miała ze sobą przez całą trasę był warty bycia tam!

IMG_20160826_224218
P.S. Nie pytałam Cie o zgodę na te zdjęcia, bo nawet gdybyś nie pozwoliła to i tak bym je tu zamieściła! JESTEŚ WIELKA ! A ten uśmiech był wart tego weekendu! 

Wracając do mojej niedzieli. Starty falowe naszej trójki, totalne niezgranie w strefie zmian, i zupełny chaos na biegu, jaki jej zafundowaliśmy, nie pozwoliły jej kibicować nam tak jakby chciała. Dlatego na starcie byłam tylko ja. No i masa równie podekscytowanych ludzi. Młody testosteron i cała garść Pań. Każdy miał swój cel, każdy miał go wyrysowanego na twarzy, każdy był równie podekscytowany i przestraszony.

Wpadliśmy do wody. Nie czułam się w szczycie formy, ale płynęło mi się dobrze. Wiedziałam jednak, że robię to sporo wolniej niż zazwyczaj. Długo walczyłam o swoją pozycję w pralce. Miałam wrażenie, że wszyscy płyną sprintem do pierwszej boi, po czym opadają z sił i trzeba tą całą niezdecydowaną tempem grupę potem na nowo wyprzedzać. Płynęłam swoje. Za drugą, trzecią boją zrobiło się luźniej. Jednak boi nawrotowej ani śladu. Im bardziej w morze tym bardziej to morze się rozbujało. Byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że ma wiać i że będzie falować. Ja zaprawiona pływaczka i windsurferka, nie miałam z tym problemu. Leciałam na przód wśród niebieskich czepków. Drugi nawrót, czuje mocne fale, zaczynam wyprzedzać coraz więcej ludzi. Na tym etapie widać kto jest obyty w wodzie. Kolejny nawrót, wpływamy do mariny gdzie czeka na nas już tylko krótka prosta i wyjście z wody.

Wynurzam głowę, chcę zerwać czepek z głowy jak to zwykle robię, ale już nie pamiętam czy mi się udaje. Nie ważne, pamiętam jednak tą atmosferę. Wolontariuszy wyciągających nas z wody, a mnie nawet wnoszących na ostatni stopień. Na którymś z pierwszych stopni potknęłam się lądując prawie twarzą w metalowych schodach. Na szczęście czujność dzielnie walczących tam Panów pomocników szybko złapała mnie zanim metal stał się moim podłożem i oswobodziła mnie dopiero na szycie schodów. Łapie worek, biegnę do namiotu gdzie tylko jedna dziewczyna równie szybo próbuje się przebrać. Skarpetki, okulary, numer startowy. Teraz po rower i jazda na trasę.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl
fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Wskakuję na rower. Pierwszy raz czuję tą dumę wsiadając na czasówkę. Mój ARGON gotowy jest do walki. Pierwsze metry są po bruku, sprawdzam więc czy przypadkiem któryś z żeli nie ma ochoty mi uciec, pedałuję. Wkładam jedną nogę, wkładam drugą i … niespodzianka. Jadę na czasówce w górnym chwycie i nie umiem zapiąć butów! Śmieję się sama do siebie. Za każdym razem kiedy próbuję dosięgnąć buta prawej stopy, rower staję się mało stabilny. Odpuszczam więc, czekam aż asfalt zrobi się lepszy, położę się na leżaku i spróbuję w tej pozycji w końcu zapiąć rzepy. Oczywiście nie przetestowałam tego przed startem, kto by pomyślał, że taka błahostka na nowym rowerze może okazać się czymś prawię niewykonalnym. Chwilę później na dłuugiej prostej, sięgam do buta i … ciach… udało się. Jedziemy.

 

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

 

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

Wiązałam wielkie nadzieje z rowerem. Wiedziałam, że trasa jest trudna, wiedziałam tez że ma wiać. Nasze windsurfingowe prognozy pokazywały mały wietrzny armagedon. A trasa, która nie tylko wiodła w ponad połowie pod górę, wiodła też w ponad połowie pod wiatr. Niemniej jednak ”argonowe” treningi, pozwoliły mi marzyć o super średniej, o super mocy i o super sile, którą miałam nadzieję będę miała chociaż na rowerze. Chciałam zadziałać cuda, chciałam pojechać lepiej niż na płaskiej trasie, chciałam zawalczyć i chyba to zaczęło moją małą walkę w głowie.

Od początku coś było nie tak. Uda piekły jakbym ścisnęła je w imadle. Miałam ochotę rozerwać strój w okolicach ud, tak aby poczuć świeżość i swobodę. Jednak nie poddałam się, spróbowałam poprawić to co mi przeszkadzało, zaakceptować to i jechać dalej.

Pomimo miliona przeciwności, wiatru, który miałam wrażenie wiał zawsze w twarz. Pomimo kilkuset metrów przewyższeń, wielu podjazdów i wielu kilometrach pod górę. Argon spisał się na medal. Jechało się na nim cudownie. Gdyby nie on to chyba w połowie bym odpuściła. Cieszyłam się każdym kilometrem. Bałam się jednak wycisnąć z siebie wszystko. Bałam się, że zejdę z roweru i osunę się zaraz pod niego. Bałam się bo pamiętam mocne treningi z anemią po których kręciło mi się w głowie, po których mój żołądek odmawiał posłuszeństwa i po których potrafiłam z łyżkami miodu leżeć na podłodze w kuchni gotując wielką michę kaszy.

Pragnęłam dać z siebie tyle ile wlezie, ale niestety miałam tą świadomość, że coś może pójść nie tak i każde moje zbyt ambitne podejście do tematu może zmieść mnie z trasy. Utrzymałam średnią 30 km/h, co na tej trasie i w tych warunkach wydaje mi się fajnym wynikiem. Oczywiście plan i aspiracje były na dużo mocniej i dużo lepiej, ale patrząc na wyniki czołówki Pań, 10-15 minut  wolniej na 90 kilometrach to nie tak źle. Każdy zrobił słabsze czasy od życiówek. Ale przetłumacz to tej która pragnęła ponad swoje możliwości ?? 🙂

HER98_37988_2016-01

Bieganie.

Jak zwykle najmniej lubię tą dyscyplinę w triathlonie. Lubię biegać, ba kocham biegać. Ale tak dla siebie, z Zosią wózku, zwiedzając okolice, biegając sobie dla przyjemności. Nie lubię interwałów, a od jakiegoś czasu nie lubię w ogóle biegania na czas. Pewnie dlatego też, że nie widać żądnych postępów, czuję jakbym stanęła w miejscu i nie potrafiła z niego ruszyć. Jest to też nie ma co ukrywać najsłabsza moja dyscyplina, a od czasów anemii najwięcej mnie kosztuje i najbardziej ją sobie odpuściłam.

Przed startem błagałam chociaż o spokojne tempo 6.00 min/km, ale przez całe 21 kilometrów. Zaczęłam jednak bardzo przyzwoicie, biegło mi się nadzwyczaj lekko i czułam siłę o którą nawet nie prosiłam. Przez pierwszą pętle, która liczyła około 7 kilometrów tempo na zegarku pokazywało 5.30 min/km, ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. I tak było z moim bieganiem. Chwilę przed pierwszym punktem odżywczym na kolejnej pętli, poczułam jak kręci mi się w głowie. Mój organizm ewidentnie miał dość. Głowa bardzo chciała lecieć dalej, a ja wewnętrznie słabłam z metra na metr. Wszystko działo się tak szybko, zrobiło mi się czarno przed oczami i strach przeleciał przez cale ciało. Czy to już koniec mojej zabawy w IRONMAN 70.3 Gdynia ?

fot.Adrian Sajko/Maratomania.pl
fot.Adrian Sajko/Maratomania.pl

 

Szybko otworzyłam żel, mając nadzieję że coś pomoże. Wciągnęłam prawie połowę za jednym zamachem. Chwilę później dobiegam do punktu z woda popijam go i spróbowałam do czasu aż w kubku będzie trochę płynu, zjeść go jak najwięcej. Jak na mnie to niezły wynik, bo żele podczas biegu wchodzą mi jak czerstwy chleb, czyli w ogóle. Są dla mnie małą katorgą jeśli chodzi o triathlon i długie dystanse. Na bieg jednak wzięłam ich wyjątkowo dużo, bo aż 3. Trochę przez przypadek, trochę bo nie miałam co z nimi zrobić podczas wstawiania roweru do strefy zmian, więc wsadziłam je wszystkie do worka biegowego na „w razie co”. Tym razem zjadłam je wszystkie! Biegłam od punktu do punktu i przed każdym punktem odcinało mi dopływ energii, kręciło się w głowie i dopiero po paru łykach tego ohydnego, słodkiego i kisielowatego płynu polepszało się. Musiałam zwolnić, bałam się że skończy się to nie tak jak planuje, czyli na mecie.

Dodatkowo mój Rafał zafundował mi kolejną masę emocji. Miał dogonić mnie na końcu roweru, albo na początku biegu. Przynajmniej tak planowaliśmy. Kola, który planował się z nim ścigać wyprzedził mnie na pierwszym kółku i co najgorsze powiedział, że go nie widział przez całą trasę. Mija drugie kółko, a jego brak … Próbowałam ułożyć w głowie, czy mogłam przeoczyć go na rowerze, ale nie było takiej opcji. Przerażona, że coś mu się stało, biegłam przez kilka dobrych kilometrów. A myślałam o najgorszym, bo na ostatnim zjeździe chwilę za mną usłyszałam okropny HUK. Czarne myśli przechodziły przez moją głowę, a łzy prawie same napływały do oczu.

Kolejne kilometry mijały, a ja z każdym kółkiem coraz mocniej szukałam moich wiernych kibiców, Mateusza i Laury, którzy od czasu do czasu towarzyszyli mi koło trasy wykrzykując moje imię, mówiąc że świetnie mi idzie i na prawdę dodając otuchy. Ich trójkołowiec, przedzierał się pośród innych kibiców dzielnie próbując dotrzymać mi kroku ! Dziękuje Wam za każdy metr który przelecieliście niedaleko mnie! Mój emocjonalny zjazd potrzebował Was tam bardziej niż kiedykolwiek. I nie po to żeby mi dodać energii i siły na lepszy wynik. Po to żebym totalnie nie zwariowała w swojej głowie.

 

Kolejni ludzie mnie wyprzedzali, psychika siadała, smutek zaczynał ogarniać całe moje ciało. Szkoda, bo mogłam się cieszyć tym, że tam jestem, że daje radę, że wystartowałam, a ja zabiłam swoje marzenie bardzo szybko, tak na prawdę czymś co było niezależne ode mnie czyli słabym stanem zdrowia.

Na metę wbiegłam, ale bez jakiś szczególnych emocji, totalnie nieświadoma czasu. W sumie dobrze, bo cyfry nie dodały by radości.

 

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl
fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

 

Gdynia była moim marzeniem od lat. Najpierw była poza zasięgiem, bo nie byłam gotowa na taki dystans, potem byłam w ciąży więc nie mogłam. Kolejny rok byłam niecałe pół roku po porodzie, więc olimpijka wydawał mi się wystarczająco długim dystansem. Ten rok miał być mój. Pamiętam jak 1-wszego grudnia zapisywaliśmy się w trójkę na zawody u nas w domu, celebrując ten moment, ta chwilę. Punktualnie o 18-tej wszystkie komputery były włączone i zaczęły się zapisy.  Wszystko wydawało się takie proste, takie łatwe, takie w zasięgu ręki.

Czar prysł jednak, kiedy dowiedziałam się na prawie 2 miesiące przed, że mam anemię. Przerwa w treningach, ciągła ospałość, brak sił na cokolwiek mocniejszego niż zwykły trucht wykluczyły mnie z walki o czas, o miejsce. Ciągnąca się anemia, wykluczyła mnie prawie z wyścigu, gdyż osłabienie i brak odporności sprawiły, że co chwile łapałam jakieś wirusy, gorączki i inne okropieństwa.

Nie poddałam się jednak, próbowałam walczyć do końca. Ale życie zweryfikowało moje plany. Muszę odłożyć marzenia na później. Marzenia o super czasie, marzenia o walce o miejsce. Jestem bogatsza o kolejne doświadczenia. Gdynia nauczyła mnie, że trzeba się cieszyć tym co mamy, a nie niepotrzebnie zadręcza się w głowie tym co moglibyśmy mieć, zrobić, czy zdobyć. Nauczyłam się odpuszczać, nauczyłam się nie walczyć za wszelką cenę. Nauczyłam się nie planować i nie wywierać na sobie presji. Bo można się na tym tylko nieźle zawieźć. Nie oznacza to, że nie będę nadal marzyć o wynikach, o czasach i o nowych życiówkach. Pewnie, że będę na tym polega sport! Ale nauczyłam się, że zdrowie jest najważniejsze. I pomimo, że niedosyt gdzieś tam we mnie został, to nie przestanę marzyć jeszcze raz o Gdyni. Nie wiem czy będzie mi dane w niej jeszcze kiedykolwiek wystartować. Ale na dzień dzisiejszy zostanie ona moim małym marzeniem.

IMG_20160816_101957
w końcu się z nim przeprosiłam….

Impreza jest niesamowita. Pełna pozytywnej energii, tłumów kibiców, rozdartych gardeł, głośnych dzwonków, piątek mocy i niesiącej cię muzyki. Zreszta tak jak każdy start w Gdyni, który biegnie przez ul Świętojańską. Czy to biegi na 10 km, czy półmaraton, czy też ten prestiżowy IRONMAN 70.3 na który miasto czeka z niecierpliwością.

Gdynia to część mojego trójmiasta. Tego do którego zawszę będę wracać z przyjemnością i sentymentem, dlatego na dziś Ironmanie mówię Ci do ZOBACZENIA! I z uśmiechem na twarzy myślę o twoich górkach i dołkach jakie podczas tych 5 godzin i 47 minut mnie spotkały.

 

Ola – mama triathlonistka.

 

IMG_20160807_223543.jpg